Kategorie: Wszystkie | film | zdrowie | życia sens
RSS
niedziela, 04 marca 2012
O tym jak korporacja uczy nas kłamać

Wzięło mnie na przemyślenia, na podstawie moich własnych doświadczeń jak i doświadczeń moich znajomych, pracujących w rozmaitych większych i mniejszych firmach. Część z nas pracuje w korporacjach, gdzie organizacja w zakresie metod pracy, zwyczajów, obyczajów jest dość specyficzna.

Zupełnie normalne jest to, że pracodawca kładzie duży nacisk na szczerość i uczciwość wśród pracowników. Wiadomo, że ma to wpływ na jakość wykonywanej pracy a co za tym idzie - na wyniki działalności firmy. Człowiek nieuczciwy prawdopodobnie nie będzie się do swojej pracy przykładał, może też świadomie wprowadzać przełożonych w błąd. Natomiast ktoś szczery, prostolinijny, zrobi swoje nawet wtedy, gdy nie dostanie dobrego przykładu "z góry", bo tak go wychowano, bo "tak ma", bo nie potrafi inaczej...

W celu mobilizacji pracowników do zachowań uczciwych, do gry fair, często stosuje się firmowe normy etyczne, swoiste kodeksy, określające co pracownik może a czego nie, co powinien a czego mu nie wolno, aby pracodawcy nikt nie zarzucił nieuczciwych praktyk prowadzenia biznesu i aby ten biznes prowadzony był w jak najwyższej jakości. Czasami przyswojenie tych norm potwierdza się poprzez podpisanie przez pracownika jakiegoś dokumentu (na przykład oświadczenie o braku konfliktu interesów).

Dopóki pracodawca wymaga od pracownika rzeczy realnych, moralnie poprawnych, nie będących w sprzeczności z obowiązującym prawem - wszystko jest w porządku. Ale jak w kontekście takich oczekiwań pracodawców odnieść się do faktu wielokrotnie podnoszonego przez pracowników różnych firm z różnych branż, o wymuszaniu podpisywania dokumentów w majestacie prawa nieważnych? Przede wszystkich chodzi mi o nakładanie na pracownika odpowiedzialności większej niż dopuszcza Kodeks Pracy. Mówiąc bardzo ogólnie, w majestacie prawa takie zapisy są nieważne i w sposób automatyczny zastępowane stosownymi zapisami Kodeksu Pracy (szczegółów proponuję poszukać na odpowiednich stronach tematycznych lub zapytać bezpośrednio prawnika). Oznacza to, że dla pracownika nie ma wielkiego zagrożenia jeśli takowy dokument podpisze. Kodeks Pracy i tak będzie go bronił, jako słabszego. Ale jaki jest sens podstawiania takiego dokumentu do podpisu pracownikowi? Pracownik świadomy swoich praw może albo się zbuntować albo podpisać wiedząc, że dokument i tak nie ma mocy prawnej. Czasami ze strachu przed jakimiś kłopotami decydujemy się na wariant drugi.

Jaki jest jednak sens podpisywania się pod "oświadczam, że" lub "strony zgodnie ustalają, że" lub "wyrażam zgodę" wiedząc już w momencie podpisywania, że wcale nie oświadczam ani wcale nie ustalam (zwłaszcza razem z pracodawcą) ani się nie zgadzam? Podpisując taki dokument - kłamię. Pracodawca podstawiając mi taki dokument pod nos, w pewnym sensie wymusza na mnie kłamstwo. Teoretycznie mogę nie podpisać, skoro według prawa nie mam takiego obowiązku. W praktyce skutki niepodpisania mogą być naprawdę dotkliwe.

Ale ciągnąc temat dalej: jaka jest wartość oświadczenia pracownika, że będzie postępował etycznie, że nie pozostaje w konflikcie interesów, skoro w innym oświadczeniu świadomie skłamał? Według mnie - żadna. Ale to tylko moje osobiste zdanie, nie jestem specjalistą.

Takie sytuacje źle świadczą nie tylko o firmie, ale też i o pracownikach. Bo jak mogę mówić, że jestem uczciwa, że gram fair, skoro mam na koncie kilka podpisanych fałszywych oświadczeń? Jaki ktoś ma interes w tym, żeby niszczyć moją moralność i uczciwość? Co na tym ugra? Na te pytania nie znam odpowiedzi. Albo wolę ich nie znać...

piątek, 24 lutego 2012
Jak ten czas szybko mknie...

Dziesięć miesięcy przerwy w aktywności na blogu. A wydawało się, że może 2-3 maksymalnie. Czas biegnie bardzo szybko a właściwie - ucieka.

Co się wydarzyło przez ten czas? Całkiem sporo. Udało się zrealizować wyprawę w Tatry, a ściślej to zapoczątkować cykl takich wypraw (o ile zdrowie dopisze i Pan Bóg pozwoli). Spełniłam swoje marzenie i spędziłam w Tatrach kilka czerwcowych dni wędrując z plecakiem i śpiworem między schroniskami. Zaczęłam od Morskiego Oka, przeszłam przez Szpiglasową Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów Polskich i dalej przez przełęcz Zawrat do Hali Gąsienicowej i Murowańca. Następnie przeszłam przez Czerwone Wierchy i zeszłam z gór w Dolinie Kościeliskiej. Po drodze rozkoszowałam się górską wiosną, podziwiałam piękne widoki przy wyjątkowo udanej pogodzie, widziałam kozice i świstaki oraz... nabawiłam się poważnej kontuzji obu kolan, głównie prawego. Ale mimo tego wyprawy nie żałuję i nosi mnie na kolejną :-)

W sierpniu ponownie byłam w Tatrach, tym razem nocowałam w Zakopanem. Muszę przyznać, że Tatry w sierpniu są śliczne, ciepłe, ale... straszliwie zadeptane i zaśmiecone przez tabuny turystów. Zdecydowanie wolę włóczyć się po szlakach poza sezonem. Ale cóż, osoba mi towarzysząca nie mogła się wybrać w innym terminie a bardzo jej zależało. Czego nie robi się dla osób, na których nam zależy ;-)

W tym roku w czerwcu również wybieram się w Tatry, ponownie nocować będę w schroniskach, ale tym razem mój pobyt będzie dłuższy, o ile pogoda dopisze. Liczę na to, że nie będzie to ostatnia tatrzańska eskapada :-)

Poza tym dopuściłam się szaleństwa i zamieniłam mój kompakt na lustrzankę. W miarę możliwości czasowych uczę się jak najlepiej wykorzystać jej możliwości i jak robić fajne zdjęcia. Sprawia mi to wiele radości a każdy opanowany temat daje mnóstwo satysfakcji. Biorąc sprawy na rozsądek, nie powinnam była kupować tego sprzętu, jest przecież tyle innych ważnych planów zakupowych. Mam też wiele naprawdę poważnych tematów niefotograficznych, które muszę opanować a brakuje mi czasu. Ale czasami trzeba dać sobie prawo do szaleństwa, sprawić sobie prezent, bo marzenia są do spełnienia a nie do gromadzenia w głowie a życie zbyt krótkie i kruche, by to co przyjemne odkładać na czas emerytury.

Do tego wszystkiego udało mi się zrealizować pewną istotną zmianę zawodową. Pomogło mi w tym szczęście, albo jak kto woli, przypadek. Najważniejsze, że się udało i teraz robię to, co naprawdę lubię i w czym mogę się wyżyć. Nie zamierzam na tym poprzestać, planuję kolejne zmiany, ale na wszystko musi być właściwy czas. Grunt to mieć cel, do którego się dąży i jakiś plan do zrealizowania.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Wiosna, ogródek i ja

Przyszła wiosna, nareszcie! Zrobiło się ciepło, zazieleniły się skwery i parki, dzieciaki wyległy na place zabaw. Nawet jeśli czasami się zachmurzy i spadnie deszcz, to już nie to co było, jest coraz bardziej kolorowo i przyjemnie.

Zimowa odzież została złożona w magazynku, poczeka sobie na kolejną zimę. Z worów wyłowiłam wiosenny czerwony płaszczyk, sportowe leciutkie buciki, cieniutkie skarpetki i lekkie kolorowe sweterki na suwak. Ufff, od razu mi lepiej!

Skoro zrobiło się wiosennie i nawet było kilka wolnych dni z okazji świąt, postanowiłam poświęcić trochę czasu na uchwycenie tych pięknych chwil na zdjęciach. Przydadzą się później na długie jesienne i zimowe wieczory, kiedy z wysiłkiem będę szukać kolorów, piękna i przyjemności.

Kilka wrażeń z fotografowania kwiatków w ogrodzie. W przeciwieństwie do mojego kota, nie zachęcały mnie do zabawy i nie szalały z prędkością światła przed obiektywem, ale też i nie były takimi trywialnymi obiektami do fotografowania, jak mogłoby się wydawać.

Po pierwsze co chwila zrywał się delikatny wietrzyk i poruszał roślinkami, co skutkowało nieostrymi zdjęciami. Zatem wzięłam się na sposób i przeczekiwałam do chwili zastoju powietrza. Po drugie, zdjęcia przyszło mi robić około południa przy czystym niebie. Światła miałam zatem dużo, nawet za dużo. Pojawił się problem ostrych kontrastów i prześwietlania. Pozornie fotka wyglądała dobrze, a jednak ujawniały się kłujące w oczy "białe" fragmenty liści lub płatków. Trzeba było korygować ekspozycję, ustawiać się pod kątem by zminimalizować odbicia. W przypadku jednej z roślinek musiałam zastosować "parasol" z własnej dłoni, by rzucić na nią cień. Dopiero wtedy wyszła wyraźna na zdjęciu.

Kiedy południe minęło, pojawił się nowy problem - cień. A ściślej - mój własny cień, który padał dziwacznie na obiekty, które fotografowałam i psuł obrazki. I znów sztuczki ze zdjęciami z pozycji kucznej, zdjęciami ze słońcem z boku, zza krzaczka (obiektyw zasłonięty od słońca) i tak dalej.

I do tego trochę klasycznych ćwiczeń: ujęcia nie typowe, nie tak jak zawsze, nie tak jak wszyscy. Zmuszało mnie to do obchodzenia każdego interesującego kwiatka dokoła i poszukiwania ciekawego kadru, czasami też do dziwnych wygibasów by uzyskać jakiś nietypowy kąt widzenia. Czyli ruch na świeżym powietrzu i aktywne przebywanie na słoneczku :-) Frajda i zdrowie w jednym ;-)

Poniżej jedna z fotek:

 

sobota, 09 kwietnia 2011
Jak się robi zdjęcie kotu

Po zabiegu wciąż odzyskuję siły, w związku z tym większość czasu zwolnienia lekarskiego spędzam w domowym zaciszu. Wymyślam sobie jakieś niemęczące zajęcia typu czytanie książek, odpisywanie na maile itp. Dzisiaj wpadłam na pomysł zrobienia kilku fotek kotu.

W aparacie jest taki tryb specjalny, o znazwie "zwierzę". Wydawałoby się, że idealny do portretowania kota. W moim odczuciu tryb ten powinien się nazywać "zwierzę prócz kota", ponieważ wyraźne zdjęcia mojego pupila uzyskuję wyłącznie wtedy, kiedy jest on uprzejmy się nie ruszać, co nie zdarza się często, jeśli wie, że mam w ręku aparat. W związku z kocią aktywnością zmuszona byłam przejść na tryb "sport", a i ten nie zawsze nadążał ;-)

Ponieważ ja jestem wielka, względem kocich gabarytów, wypadało zejść do poziomu zwierzaka, czyli na podłogę. Zwierzątka z góry rzadko kiedy wyglądają atrakcyjnie na zdjęciu. Zgodnie z regułami, wskazane jest ustawienie obiektywu na poziomie oczu obiektu. Jednak ułożenie się ze sprzętem na podłodze, na poziomie mruczka, spowodowało zupełnie nieprawidłową interpretację moich działań w kocim rozumku. A może raczej należałoby powiedzieć, że prawidłowe, tylko ja miałam całkiem nienormalne zamiary, jak na kocie standardy.

Pani leżąca na podłodze jest oczywistą zachętą do zabawy i miziania. Więc zaczęło się ocieranctwo, skoki, zaczepianie łapą, mizianie mokrym noskiem po twarzy i obiektywie, przekonywanie do zabawy a nawet małe fochy, kiedy odmawiałam współpracy. Wszystkie czynności kot wykonywał w takim tempie, że o zrobieniu zdjęcia nie mogło być mowy. I do tego ten rozbrający zachwyt w kocich oczach. Cóż było robić. Trzeba było się z nim pobawić, wygłaskać, wytarmosić, poprzytulać, poocierać... Efekt? Godzina w plecy, pełno futra na ubraniu i nadal ani jednego zdjęcia ;-)

Wreszcie udało mi się kilka ujęć zrobić, kiedy kot już się uspokoił. Ale wówczas dla odmiany jakby mi na złość unikał miejsc prawidłowo oświetlonych. A to oznacza, że większość z tych niewielu zrobionych zdjęć i tak do niczego się nie nadaje, bo albo są prześwietlone albo niedoświetlone albo mimo wszystko rozmazane. Ale powiedzmy sobie szczerze - przytulanie i zabawa obojgu nam wyszły na zdrowie :-)

Poniżej jedna z względnie udanych fotek:

czwartek, 07 kwietnia 2011
Życie po laparoskopii

Tak jak podejrzewałam, nie udało się uniknąć zabiegu chirurgicznego w związku z nadprogramowym wyposażeniem mojego brzuszka... ale nie sądziłam, że sprawy odbędą się w takim tempie!

Pod koniec marca zadzwoniłam do szpitala umówić się na termin zabiegu. Wstępnie miało to być za jakiś miesiąc, ale okazało się, że zaraz za tym są święta, więc trzeba wybrać inny termin. Każdy proponowany przez szpital z różnych względów nie pasował. Wreszcie oddziałowa zdecydowała "to proszę się zgłosić na oddział za tydzień".

Tydzień! A ja w lesie ze zleconymi badaniami, w dodatku dopiero po pierwszej szczepionce przeciw WZW typu B. Normalnie zaleca się zabiegi wykonywać dopiero 2 tygodnie po drugiej szczepionce (czyli sześć tygodni od pierwszej). Badania załatwiałam w przyspieszonym tempie, uwinęłam się z nimi ledwie na parę dni przed pójściem do szpitala.

Od razu też ujawniły się stresy. Źle sypiałam w tym czasie, chociaż starałam się nie zamartwiać. Jednak w obliczu historii rodzinnych trudno było nie pomyśleć choć raz "a co, jeśli to coś groźnego?". Bałam się.

Dziwnym trafem strach minął kiedy tylko trafiłam na oddział. Być może zadziałało tu myślenie o niedzieli, bo w niedzielę miałam już wyjść do domu. Zamiast myśleć o zabiegu, myślałam o momencie wypisu. A może zupełnie zwyczajnie (albo niezwyczajnie) zadziałały modlitwy moje, moich bliskich i naszych przyjaciół.

Ogólnie laparoskopia jest mniej straszna niż się wydaje. Z pomocą pielęgniarki w wieczór poprzedzający zabieg musiałam dokładnie ogolić pole operacyjne na brzuchu, od pępka aż do kłaczków ;-) Dostałam też małą lewatywkę (nieprzyjemne ale da się przeżyć). Wcześniej od południa nie mogłam już nic jeść, przyjmowałam tylko płyny. Rano obudzono mnie wcześnie, dostałam kolejną lewatywkę, wykąpałam się, ubrałam w szpitalną koszulkę (strasznie kusa, w zasadzie tyłek na wierzchu) i położyłam na powrót do łóżka. Na godzinę przed zabiegiem dostałam tabletkę tzw. głupiego jasia. Następnie pielęgniarki wywiozły mnie leżącą w łóżku na blok operacyjny. Tam przełożyłam się na inne łóżko. Przyszedł pan chirurg, przywitał się, przedstawił, założył mi wenflon na rękę i po chwili wjeżdżałam na salę. Sala operacyjna do laparoskopii ginekologicznej wygląda prawie tak jak gabinet ginekologa, stół operacyjny jest podobny do fotela ginekologicznego, tyle że oczywiście wszystko jest sterylne i dużo tam stali. Poprzyglądać się nie zdążyłam, ledwo ulokowałam się na stole operacyjnym a już przyłożono mi maseczkę do ust i kazano głęboko oddychać. Zdążyłam chyba wziąć ze trzy wdechy i już mnie nie było.

Wybudzanie zaczęło się jakieś 40-45 minut później. Trudno mi to dokładnie określić, bo po odzyskaniu świadomości zegarek to ostatnia rzecz, która człowieka interesuje. Mnie podczas narkozy coś się śniło, coś zupełnie nie szpitalnego i kiedy wracałam do świadomości, zupełnie mi historia ze snu nie pasowała do otaczającej rzeczywistości. W dodatku nie mogłam się na tym spokojnie skupić, ponieważ zaczęłam odczuwać ból brzucha. I właściwie ten ból budzi najszybciej. Kiedy już dotarło do mnie, że jestem w szpitalu i miałam zabieg, jęknęłam cichutko, że mnie boli. Dziwię się, że ktoś to w ogóle usłyszał, bo miałam wrażenie, że nie zdołałam wycisnąć z siebie żadnego dźwięku. A jednak natychmiast pielęgniarki zareagowały i podały mi środki przeciwbólowe. Miałam też na twarzy maskę tlenową i kazano mi głęboko oddychać. Okryto mnie też dodatkowymi kocami, bo bardzo mnie trzęsło. Ale jak później zauważyłam, była to chyba standardowa reakcja po wybudzeniu, wszystkie na sali pooperacyjnej były owinięte w koce.

Jak tylko zaczęłam kontaktować to sięgnęłam ręką do brzucha, żeby sprawdzić układ opatrunków. Początkowo wystraszyłam się stwierdzając tak zwany uśmiech. Z laparoskopią jest tak, że jeśli w trakcie zabiegu okaże się, że nie da się przeprowadzić działań metodą laparoskopową to bez wybudzania przechodzi się na klasyczną operację. A w klasycznym zabiegu cięcie brzucha jest albo na linii pępek-spojenie łonowe (spokojnie, nie aż takie długie ;-)) albo właśnie w kształcie uśmiechu na podbrzuszu. Natomiast po laparoskopii rany są trzy lub cztery. Jedna w pępku, dwie przy biodrach i ewentualnie jeszcze jedna tuż nad spojeniem łonowym (w przypadku gdy coś było z brzucha usuwane). W moim przypadku kształt uśmiechu wynikał z układu plastrów podtrzymujących opatrunki na niżej położonych trzech rankach.

Najtrudniejsze jest to, żeby nie usnąć. Niestety po znieczuleniu nie całkiem panuje się nad własnym ciałem i zaśnięcie może być bardzo niebezpieczne. Kiedy zadziałały środki przeciwbólowe i zrobiło mi się ciepło pod kocami, rozluźniłam się i bardzo chciało mi się spać. Zamknęłam oczy i resztką świadomości zarejestrowałam, że moja klatka piersiowa opadała coraz niżej, nie zamierzając sama z siebie się unieść, a ja wcale nie odczuwam niedoboru powietrza. Na szczęście byłam podłączona do automatu monitorującego moje funkcje życiowe, który natychmiast rozpoczął alarm. Jego dźwięk mnie wystraszył, obudziłam się i znów zaczęłam oddychać. Zdarzyło się to jeszcze kilka razy. W razie gdybym sama się nie budziła, to widziałam, że pielęgniarki cały czas obserwują wszystkie pacjentki i są gotowe do natychmiastowej akcji przywracania oddechu. Na szczęście w moim przypadku wystarczyło larum automatu.

Kiedy oddychałam już stabilnie i samodzielnie, odłączono mnie od tlenu. I to własnie w tym momencie zrobiło mi się nagle niedobrze. Zdążyłam jęknąć i w ułamku sekundy pielęgniarka była przy mnie z miseczką i chusteczkami do otarcia buzi. Podobno to jedno zwymiotowanie po narkozie jest bardzo wskazane. Więcej raczej nie, bo wyczerpuje i odwadnia organizm. Natomiast ten jeden raz to już od wielu osób słyszałam, że w jakiś sposób jest korzystne przy wybudzaniu.

Po około dwóch godzinach przywieziono mnie na oddział do mojego pokoju. I teraz to już mogłam spać, ale pielęgniarki podniosły mi wysoko oparcie łóżka. Rzecz w tym, że po zabiegu z oskrzeli schodzi coś, jakby śluz, dość często się odchrząkuje i pokasłuje. Gdyby spać na płasko, być może groziłoby to przytkaniem gardła i podduszeniem. W każdym razie trzeba leżeć wysoko.

Pierwsze wstawanie po laparoskopii jest już w kilka godzin po zabiegu. Szalenie ważne jest, żeby się pierwszy raz wysiusiać. Przez pierwsze dwie doby siusia się do wiaderka, ponieważ pielęgniarki muszą wiedzieć, ile tego moczu jest, czy układ moczowy pracuje prawidłowo. Początkowo może być w moczu krew, ale nie jest to nic niepokojącego.

Po zabiegu przez cały dzień już się nie je ani nie pije, płyny podawane są w kroplówce przez wenflon. Te kroplówki sprawiają, że nie odczuwa się ani pragnienia ani głodu. Dopiero następnego dnia dostałam zgodę lekarza prowadzącego na lekkie posiłki (ale z obiadu szpitalnego dostałam tylko zupkę).

Pewnie jest to indywidualna cecha organizmu, ale u mnie środki przeciwbólowe podane przy wybudzeniu (morfina) trzymały prawie całą dobę. Dopiero w nocy nad ranem odczuwałam ból, ale znośny. Nie wzywałam pielęgniarki, ponieważ nie chciałam obudzić dziewczyny, która leżała ze mną w pokoju, a chorowała bardzo ciężko. Rano dostałam ketonal, pielęgniarka zdjęła mi opatrunki i kazała się wykąpać. Kiedy leżałam w szpitalu jako dziecko po wypadku pamiętam, że rany obwiązano mi bardzo szczelnie całą furą bandaży. No i oczywiście goiło sie to wolno i paprało się. Obecnie polityka jest taka, żeby nie zakrywać rany. Ona ma mieć dostęp powietrza, żeby była sucha. W dodatku normalnie można, a nawet trzeba, ją myć. Najlepiej wodą z mydłem (w to mi graj, po tym jak przeszłam na mydło "Biały Jeleń" ;-))

Kolejnego dnia lekarz prowadzący wypisał mnie do domu. W sumie w szpitalu leżałam dni trzy i pół :-) Po kolejnych dwóch-trzech dniach robi się zdjęcie szwów i właściwie po krzyku :-)

Pierwsze kilka dni było dla mnie problemem położyć się na boku, ponieważ wnętrzności przewalały mi się z jednej strony na drugą w bardzo nieprzyjemny, a początkowo nawet bolesny, sposób. Wynika to z tego, że podczas laparoskopii brzuch nadmuchuje się gazem, żeby rosnące ciśnienie odsunęło na bok jelita. One mają to do siebie, że pchają się we wszelkie wolne przestrzenie, czyli przeszkadzałyby przy zabiegu. Potem ten gaz przez kilka dni z organizmu schodzi. Skutkiem nadmuchania są też lekkie bóle w okolicy wątroby czy żołądka, ponieważ podczas operacji organy te są wepchnięte gdzieś pod żebra a oddycha się górną częścią płuc. To z kolei skutkuje bólem w ramionach, kiedy się wstanie z łóżka po zabiegu. Po kilku dniach bóle te same ustępują, gaz się ulatnia i wszystko wraca do normy.

To tyle reportażu z laparoskopii :-) W moim przypadku wynik jest taki, że pozbyłam się stwierdzonej w grudniu zmiany chorobowej i przy okazji pozbyłam się jeszcze kilku, które stwierdzono dopiero podczas zabiegu. Dodatkowo wyłuskano mi małego mięśniaka z macicy, bo okazał się być ulokowany dość dogodnie dla działań laparoskopowych. A ponieważ była to moja pierwsza operacja, a tym bardziej pierwsza laparoskopia, to również przy okazji sprawdzono mi drożność jajowodów. Tak więc na dziś wszystko jest w porządku i oby się zmiany chorobowe nie odnawiały, a jeśli by miały taki zamiar to niech z tym poczekają najdłużej jak to możliwe :-)

Siedzę sobie teraz w domu na zwolnieniu lekarskim i stopniowo odzyskuję siły. Jestem jeszcze trochę osłabiona po narkozie i po utracie krwi (po zabiegu kobiety dostają nadprogramowej miesiączki), ale myślę, że szybko dojdę do siebie.

Z zaleceń pozabiegowych ważne jest to, aby przez miesiąc unikać wysiłku mięśni brzucha. Czyli odpada dźwiganie, odpada fitness, odpadają różne czynności wysilające mięśnie brzucha. A to dlatego, że może zrobić się krwiak lub przepuklina. Natomiast, co ciekawe, można sobie zupełnie spokojnie chadzać na saunę ;-)

niedziela, 27 marca 2011
Foto, foto

Przez te trzy tygodnie udało mi się też coś zdziałać w temacie moich zainteresowań fotografią. Pisałam wcześniej, że moje miasto ogłosiło mały konkursik. Miałam pomysł, zrobiłam zdjęcie i wysłałam. Wprawdzie nie wygrałam (to by już było prawdziwe szczęście ślepej kury), ale moje zdjęcie zostało opublikowane na stronie internetowej, co już samo w sobie daje mi satysfakcję i zachęca do dalszego wysiłku :-)

Któregoś dnia przewodnicy PTTK i instruktorzy foto zorganizowali wspólny spacer po mieście, głównie skupiając się na miejskich pomnikach. Przewodnicy dzielili się wiedzą historyczną, instruktorzy podpowiadali jak z pomysłem zrobić zdjęcie pomnikowi. Przechadzka rozpoczynała się wcześnie rano, dzień był słoneczny ale chłodny. Jednak warto było zerwać się z ciepłego łóżka, były to pouczające godziny. Zrobiłam masę zdjęć szkoleniowych, oczywiście większość nie nadaje się do pokazania ;-) ale niektóre wyszły całkiem-całkiem, szczególnie jeśli uwzględnić, że dopiero się uczę. Teraz mam już bardziej otwarte, kreatywne podejście do zdjęć rzeźb i pomników. Wiem już, że wcale nie muszę ujmować całego pomnika, że nie musi być klasycznie od frontu, że warto wykorzystać potencjalne przekatne w obrazie, że koniecznie trzeba uważać na to, co jest za pomnikiem (żeby prezydentowi z głowy gałęziowe "rogi" nie wyrastały). W dodatku chyba zaczynam rozumieć rzeźbę współczesną. Dzisiejsza rzeźba łączy elementy przestrzeni, w której się znajduje, albo wręcz tę przestrzeń tworzy. Dlatego nie musi mieć konkretnego kształtu, nie musi odnosić się do postaci czy do wydarzeń. Może to być dziwaczne "coś", które komponuje się z tym, co je otacza, wyzwala lub pochłania emocje widza.

Około tygodnia temu pewne wydawnictwo ogłosiło konkurs, a właściwie konkursik. Zabawa polegała na wyszukiwaniu czegoś w katalogu wydawanych ksiażek. Ten, kto znalazł jako pierwszy, otrzymać miał pewną ciekawą książkę na temat fotografii. Cóż, byłam druga i dostałam nagrodę pocieszenia, w postaci innej książki. Właśnie kilka dni temu odebrałam ją z poczty. Jest to wybór nastrojowych czarno-białych fotografii ilustrujących wiersze wybitnych polskich poetów. Przyglądając się im również można się sporo nauczyć. Poza wszystkim, jest to ładne wydanie.

Dobrze jest mieć jakąś pasję. Najlepiej więcej niż jedną :-)

sobota, 26 marca 2011
Trzy tygodnie jak jeden dzień...

No pięknie, przez trzy tygodnie nie miałam czasu, żeby dokonać choćby krótkiego wpisu na blogu. Jak mi się życie rozkręciło, tak zwolnić nie zamierza. A mnie to pasuje, podoba się. Najważniejsza wiadomość jest taka, że wreszcie przyszła wiosna. Wprawdzie jeszcze chwilami sypie śniegiem w twarz, ale do zimy już powrotu nie ma. Wydobyłam z szafy lżejsze ubrania i wiosenną kurtkę. Buty zimowe poszły już spać do kolejnego sezonu. Jak to miło kiedy dzień się robi coraz dłuższy, coraz częściej słoneczko grzeje twarz i nieśmiało pojawiają się pierwsze zielenie.

W dodatku poważnie chorująca osoba w mojej rodzinie wreszcie zaczęła dostawać pozytywne sygnały od medyków, leczenie łagodnieje, stan zdrowia się poprawia, będzie coraz lepiej. Do lata powinno być po strachu :-)

Wiele się wydarzyło przez te 22 dni. Zakończyłam z ubezpieczycielem temat grudniowej stłuczki, udało mi się też zamknąć kredyt samochodowy. Otrzymałam zaledwie wczoraj dokumenty pozwalające na przerejestrowanie auta całkowicie na mnie. I wreszcie odpadła mi jedna rata kredytowa, zawsze to jakaś ulga dla portfela.

W kwestii zdrowia, zaczęłam sobie chodzić na zajęcia FitCurves. Sprytny pomysł ktoś miał. Trochę jak siłownia, trochę jak aerobik - wszystko opracowane z myślą o kobietach (wyłącznie). Myślę, że w połączeniu z regularnym pływaniem na basenie oraz z sauną zaowocuje dobrym przygotowaniem do czerwcowej włóczęgi po Tatrach. Czekam na tę wyprawę z niecierpliwością, a dobra kondycja jest podstawą realizacji planu w takim zakresie, w jakim sobie to wymyśliłam. Czyli przejście z plecakiem od schroniska do schroniska. Mam wielką nadzieję, że to mi się uda.

Rozwiązałam problem nawilżenia skóry po rezygnacji z niebezpiecznych kosmetyków. Namierzyłam sklep internetowy, który oferuje kosmetyki naturalne i ekologiczne. Nie da się ukryć, że są one droższe od tych zwykłych, ale nie zawierają substancji uznanych za niebezpieczne. Doszłam do wniosku, że przynajmniej w zakresie kosmetyków najbardziej podstawowych będę korzystać właśnie z tych ekologicznych. Zakupiłam na próbę dezodorant (bez związków aluminium), balsam i olejek do ciała (nawilżanie) oraz dwa kremy (zwykły i pod oczy). Przekonam się na jak długo mi one wystarczą i jak się sprawdzają, co pozwoli oszacować miesięczne koszty stosowania. Nie łudzę się, że uda mi się całkowicie przejść na takie kosmetyki. Po pierwsze jest to problem kosztów, ale i dostępności (nie ma tak bogatego wyboru rodzajów kosmetyków jak w zwykłym sklepie). Nie wiem też, na ile skuteczny będzie dezodorant, kiedy zaczną się upały (ostatnimi laty norma w naszym kraju). Myślę sobie jednak, że jeśli cokolwiek uda mi się stosować, to i tak będzie to zysk dla mojego organizmu. O te trochę mniej chemii i trucizn dostanie.

Bardzo mi się podoba regularne chodzenie na fitness i saunę. Coraz dłużej mogę pozostawać wewnątrz i coraz zimniejszą wodę toleruję. Wzmacnia się też moje serce i krążenie, ogólna wytrzymałość i odporność. Niestety, będę mieć najprawdopodobniej około miesięczną przerwę i to już niedługo. Na skutek okoliczności różnych, szpital chce mnie przyjąć na zabieg już w następny czwartek. Będzie to laparoskopowe usunięcie zmiany, która ujawniła się w grudniu (pisałam o tym). Początkowo wyglądało to na paskudnego guza, z czasem zmniejszyło się to i okazało torbielą, prawdopodobnie endometrialną. Laparoskopia pozbawi mnie kłopotu i rozwieje wątpliwości, ponieważ wycięta zmiana zostanie wysłana do badań histopatologicznych. Ostateczną decyzję podejmie we wtorek mój doktor. Torbiel jest już nieduża (częściowo się wchłonęła), ale myślę, że nadal tam jest, więc nie przypuszczam, żeby zabieg miał mnie ominąć. Cóż, trudno, trzeba będzie to przeżyć.

W ubiegłym tygodniu miałam urlop. Bity tydzień. Plany miałam ambitne, że się wyśpię, że codziennie fitness i sauna, że może trochę lekcji na stoku narciarskim (naśnieżany sztucznie, jeszcze działa). Z harmonogramu udało się zrealizować może połowę, a cały czas biegałam z wywieszonym językiem ;-) Tyle się nowych spraw doczepiło do programu i tak krótki okazywał się dzień. Ale właściwie jestem zadowolona z tej ciągłej aktywności, ze spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, z wycieczki do stolicy. Cieszę się, że mogę wyliczyć spokojnie, co udało się zrobić, którego dnia jak późno wracałam do domu ;-) Mimo zmęczenia odczuwam satysfakcję.

piątek, 04 marca 2011
Motorek w tyłku

Zgodnie z planem tydzień temu zaserwowałam sobie oczyszczanie organizmu. Tym razem było trudniej niż zwykle, ponieważ jak na złość dzień przed kuracją coś mi zaszkodziło i cały dzień towarzyszył mi koszmarny ból głowy, uniemożliwiający funkcjonowanie. A do tego sąsiad piętro wyżej zajmował się rozwiercaniem ścian. No jak pech, to pech. Kolejne trzy dni musiałam przestrzegać lekkiej diety wegetariańskiej zgodnie z instrukcją producenta preparatu, który zastosowałam. Następnie stopniowo wprowadzałam do żywienia kolejne elementy diety zwykłej. Obecnie jem już wszystko normalnie.

Czułam się osłabiona przez dwa dni podczas oczyszczania, szczęśliwie wypadło to w sobotę i niedzielę, więc nie kolidowało z życiem zawodowym. Później już było tylko lepiej. Najważniejsze dla mnie, że nie odczuwam przednówkowego osłabienia ani ospałości. Powiedziałabym nawet, że czuję się bardzo dobrze i tryskam energią. Każdego dnia jestem w stanie sporo zrobić, sporo załatwić i naprawdę mi się chce! W związku z tym lista zaległych spraw raczyła ruszyć z miejsca :-) Na najbliższy weekend również cała plejada zajęć różnych. Zaczynam mieć wrażenie, że 24 godziny na dobę to jest stanowczo za mało!

Od jutra po kilkumiesięcznej przerwie wracam do regularnych wizyt na saunie. Czuję, że tego potrzebuję, tęsknię wręcz za tym. Kocham to nagrzewanie, lubię też efekt zimnego prysznica na gorące ciało. Przy okazji można pozbyć się trochę zanieczyszczeń z organizmu, oczyścić skórę i wzmnocnić krążenie. Zdarza się też, że uda się porozmawiać z naprawdę ciekawymi ludźmi, którzy przypadkiem korzystają z tej samej sauny o tym samym czasie. Jesienią spotkałam grupę kibiców (prawdziwych) miejscowej drużyny futbolowej - opowiadali, jak organizują się na wspólne wyjazdy na mecze (również za granicę). Innym razem rozmawiałam z pewnym przedsiębiorcą - zamiłowanym biegaczem. Namawiał mnie gorąco na jogging, tłumaczył w jaki sposób należy się do tego tematu zabrać. Zdarzają się i radni, chętni podyskutować o miejscowych inwestycjach. Sauna to naprawdę ciekawe miejsce spotkań.

Eksperyment kosmetyczny z mydłem Biały Jeleń nadal kontynuuję. Niestety muszę pomyśleć o dodatkowym nawilżeniu skóry, prócz oliwki dla dzieci. Nie znaczy to, że się oliwka nie sprawdza. Wszystko gra, ale po kilkunastu godzinach od kąpieli moja skóra jest już dosyć podsuszona i odczuwam świąd w miejscach najbardziej wysuszonych. Ogólnie oceniam kondycję mojej skóry po zamianie żeli pod prysznic na mydło Biały Jeleń - na korzystną. Nawet jeśli się podsusza, to nie odczuwam efektu ściągania skóry, którego nienawidziłam. Tyle tylko, że w przypadku aż tak suchej skóry jak moja, zestaw pielęgnacyjny trzeba jednak rozszerzyć o środki dodatkowo nawilżające.

Parę dni temu przeczytałam w Internecie, że moje miasto organizuje konkurs fotograficzny. Jest pewien temat prac, narzucony z góry. Żaden ze mnie fotograf, mój sprzęt tez trudno nazwać aparatem fotograficznym, ale fotografia mnie interesuje, więc może kiedyś coś jeszcze ze mnie będzie. Przecież nie jest dla mnie za późno :-) A że pomysły na pracę konkursową w głowie mi się lęgną to kto wie, może ośmielę się posłać zdjątko albo dwa ;-)

sobota, 26 lutego 2011
Szalony świat muzyki

O tym jeszcze nie było :-) Muzyka jest obecna w moim życiu od zawsze. Jest to dla mnie tak ozywiste, że często nawet o tym nie mówię. Nie potrafię sobie wyobrazić mojego życia bez muzyki. Dlatego dbam o swoje uszy, bo utrata czy choćby defekt słuchu byłyby dla mnie wielką tragedią.

Któregoś razu po nurkowaniu zatkało mi się jedno ucho. Nagle cały świat stał się mono. W dodatku wysiadło dźwiękowe poczucie przestrzeni. Jeśli normalnie słyszący człowiek słyszy plusk fal bardziej z lewej strony niż z prawej, to spodziewa się upragnionej plaży właśnie po lewej stronie. Gdy słyszymy głos znajomej osoby po prawej stronie, to właśnie w tę stronę się odwrócimy chcąc na nią spojrzeć. Wyłączenie jednego kanału zaburza cały ten mechanizm. Szczęśliwie udało się ucho odetkać dzięki dobrym kropelkom, ale ten jeden dzień w trybie mono czułam się okropnie.

Lubię od czasu do czasu wybrać się na koncert do filharmonii. Wspaniale jest słyszeć każdy instrument z innego kierunku, zwłaszcza gdy się siedzi blisko orkiestry. Obserwacja tych ludzi podczas pracy to też dla mnie frajda. O doborze muzyki jako takiej nie wspominając. Niektóre kompozycje mnie wyciszają wewnętrznie, inne pobudzają do działania, jeszcze inne wprawiają we wręcz doskonały nastrój.

Przykładowo bardzo ludzię Mozarta. Niektórzy zarzucają mu, że jest zbyt poukładany, przewidywalny. Ale może wlaśnie dlatego, że moim życiu sporo było i jest zamieszania, chaosu, to jego porządkujący moją duszę wpływ, jest mi zwyczajnie potrzebny.

Inny pupil to Bach, jego utwory na organy, zwłaszcza fugi. Ale żeby go naprawdę poczuć, trzeba się wybrac na koncert do odpowiedniego wnętrza. Na przykład do barokowego kościoła. Nigdy nie zapomnę pierwszego takiego koncertu organowego, na jaki wybrałam się do poznańskiej Fary. Cały kościół dudnił aż się ławki trzęsły, a korpulentne postacie zafrasowanych świętych patrzyły na mnie z góry... Ta muzyka ma niesamowitą moc. Skutecznie tępi marudzenie nad marnością życia :-)

Wśród moich ulubieńców są także fachowcy od walca, mojego ulubionego tańca. Czajkowski ze swoim kapitalnym Walcem Kwiatów i król walca Strauss. Zresztą, walc to taka muzyka, której nie potrafię słuchać spokojnie, nogi same rwą się do pląsania.

A słyszeliście o takim kompozytorze gruzińskim, który nazywał się Aram Khachaturian? Proponuję poszukać w Internecie wykonań chociażby Lotu trzmiela :-) Niesamowite, jak z pomocą instrumentów muzycznych można pokazać kawałek przyrody. Szczęka opada!

Słucham też muzyki "zwyczajnej". Akurat tworzeniu tego wpisu towarzyszy Phil Collins, ale za nim w kolejce czeka Sentinel. Lubię wiele gatunków muzyki współczesnej. Pop, rock, elektroniczna, z nieco ambitniejszych lekki jazz, czasami metal, a czasami posłucham jakiegoś tenoru czy sopranu. Ha, nawet rytmy orientalne się trafiają.

"Od smutków życia są dwie ucieczki: muzyka i koty" (Albert Schweitzer)

"Muzyka - to jest wyłom, przez króty dusza, jak więzień z więzienia leci czasem w regiony wolności." (Stefan Żeromski)

"Muzyka łagodzi obyczaje" (Arystoteles)

"Muzyka budzi w sercu pragnienie dobrych czynów" (Pitagoras)

Lot liberatora

Jest taki filmik promujący Muzeum Powstania Warszawskiego. Lot samolotem nad zrujnowaną Warszawą w 1944 roku. Zniszczone mosty na Wiśle, zgliszcza. Największe wrażenie robi teren obecnego Muranowa - zrównany z powierzchnią ziemi, tylko wieża ocalałego kościoła guruje samotnie nad okolicą. Gdyby to wydarzyło się teraz, czy komukolwiek postałoby w głowie odbudowywać to miasto? Czy ktokolwiek widziałby w tym sens? Czy też raczej w innym miejscu zbudowanoby nowe miasto, od początku?

Znając dzisiejszą Warszawę widać niewiarygodny wysiłek, jaki włożono w przywrócenie tego miasta do istnienia. Domy mieszkalne, sklepy, centra handlowe, szkoły, uczelnie, mosty łączące lewobrzeżną i prawobrzeżną stolicę. No właśnie, mimo takiego zrujnowania w czasie wojny, Warszawa pozostała stolicą. A ludziom i władzy chciało się to miasto odbudować, widzieli w tym sens, wierzyli że to możliwe.

Nie było łatwo. Nie buduje się przecież domów na gruzach, najpierw trzeba ten gruz usunąć a straszące samotne mury rozebrać. To i kosztowne i niebezpieczne i wymaga czasu. Z niektórych miejsc gruz usuwano, w innych zasypano tworząc nienaturalne wzgórza, na których dzisiaj stoją osiedla mieszkaniowe. Nie było też łatwo zdobyć materiały budowlane. Nie było dośc cegieł ani cementu, nie dość, ze technologie wytwórcze dawały mniejsze możliwości niż dziś to w dodatku były to koszmarnie trudne powojenne lata. Różne były patenty, byle do przodu, byle wykonać plan. Niczym Feniks z popiołów, Warszawa odrodziła się z ruin. Wbrew wszystkiemu.

Czasami tak zdarza się z ciężko chorymi, którym lekarze nie dają szans na przeżycie. Gdzieś w środku, w głowie, rodzi się taki upór, który mimo cierpienia nie pozwala się poddać, zrezgnować. I bywa, że mimo śmiertelnej diagnozy i wbrew medycznemu doświadczeniu, człowiek zdrowieje i żyje jeszcze długie lata. Moja babcia miała koleżankę, której ze 25 lat temu lekarze zdiagnozowali raka, w późnym stadium, nie nadającego się już do leczenia. Ona się nie poddała, szukała informacji, wszelkiej nadziei, a nie było przecież Internetu, więc nie było to takie proste. Byłam wtedy dzieckiem, więc nie pamiętam zbyt wielu szczegółów. Wiem, że wprowadziła specjalną dietę i piła napary z jakichś ziół uprawianych we własnym ogródku. Rak się cofnął a ona żyła jeszcze długo. Kiedy wiłam się ze strachu, czy sama raka nie mam, mój lekarz (nota bene profesor) komentując pewną kwestię powiedział tak: "Tyle lat już zajmuję się medycyną i widziałem wiele razy sytuacje niewytłumaczalne, mecycyna ciągle nie wie wszystkiego".

Bywa tak, że z jakichś powodów całe życie człowieka legnie w gruzach. Posypie się zdrowie, albo rodzina się rozpadnie, albo skomplikuje się mocno sytuacja ekonomiczna - różnie bywa. Można siąść i płakać. Albo po wylaniu najbardziej gorzkich łez, otrzeć twarz i podnieść się z kolan niczym Warszawa z gruzów. To może być trudne i może zająć sporo czasu, ale skoro się coś posypało i jest ci źle, to tak naprawdę co masz do stracenia?

 
1 , 2 , 3